3 września – Dzień wieżowców – najciekawsze budynki na świecie i jak powstają drapacze chmur

3 września - Dzień wieżowców – najciekawsze budynki na świecie i jak powstają drapacze chmur

Trzeciego września poranek w Warszawie na 36. piętrze biura w Skylinerze wygląda jak scena z podniebnej komedii. Słońce nieśmiało zagląda przez szklane ściany, a ktoś z boku rzuca radosne hasło: „Czyż to nie idealny moment, by świętować dzień wieżowców?”. W tle czuć lekki zapach kawy, a w oddali miasto budzi się do życia w rytmie klaksonów i stukotu wind. Nie ma tu miejsca na nudę. W końcu mowa o święcie, które dosłownie mierzy wysoko.

Wejdź do świata wysokości

Budynki, które uparcie celują w chmury, zawsze przykuwały uwagę. Architekci, inżynierowie i śmiałkowie od pokoleń szukają sposobu, by pchnąć granicę ludzkich możliwości jeszcze wyżej. Wystarczy spojrzeć na panoramę wielkich metropolii – drapacze chmur są jak gigantyczne rzeźby zdobiące linie horyzontu. Ich szyby mienią się w promieniach słońca albo lśnią w sztucznym świetle nocnego miasta. Stal, beton i szkło ułożone w piętrzące się warstwy inspirują nie tylko fotografów, ale i zwykłych przechodniów, którzy często zastanawiają się: „Jak to w ogóle stoi?”

Choć na pierwszy rzut oka drapacz chmur wydaje się chłodną, bezosobową konstrukcją, w rzeczywistości tworzy intymną relację z otoczeniem. Każdy podmuch wiatru, promień światła czy wahanie temperatury wpływa na tę architektoniczną wieżę. Niektórzy mówią, że wysoki budynek oddycha i drży razem z miastem. Z takiej perspektywy świętowanie dnia, w którym doceniamy te kolosy, nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Poznaj początki wieżowców

Zanim jednak przyjrzymy się najciekawszym budynkom świata, warto cofnąć się na moment do początków. Pierwsze prawdziwe drapacze chmur powstawały w Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie XIX wieku. W tym czasie Chicago i Nowy Jork prześcigały się w wysokościach, marząc o budowlach sięgających wyżej niż klasztorne wieże i kościelne dzwonnice. Symboliczny start dał Home Insurance Building w Chicago, ukończony w 1885 roku, który osiągnął „zawrotne” 42 metry. Dziś ta cifra może wywoływać uśmiech politowania, ale wtedy brzmiała jak śmiały skok w nieznane.

Co sprawiło, że wizja wielopiętrowych gmachów nabrała realnych kształtów? Rozwój technologii konstrukcji stalowych i pojawienie się wind napędzanych elektrycznością. Stalowe szkieletowe rusztowania pozwalały budynkom być lżejszymi i trwalszymi jednocześnie, a winda sprawiała, że nawet wyższe piętra stawały się osiągalne bez morderczej wspinaczki po schodach. Te niepozorne wynalazki odmieniły krajobraz miejskich centrów – i to tak skutecznie, że wkrótce nikogo nie dziwiło, iż jeszcze wyższe budynki wyrastają niczym grzyby po deszczu.

W tle tej opowieści rodziło się coś więcej. Skyscrapery (dosłownie: drapacze nieba) stawały się symbolem rozwoju gospodarczego, potęgi urbanizacji oraz marzeń o nieograniczonym wzroście. I choć dzisiaj śmiejemy się, że kilkadziesiąt metrów wysokości to drobiazg, wówczas był to krok milowy w historii architektury.

Prześledź proces budowy

Żeby jednak sprawnie docenić, jak powstają wieże zaglądające w chmury, dobrze przyjrzeć się samej sztuce budowania krok po kroku. Niech to będzie mała, humorystyczna podróż przez plac budowy.

  1. Fundamenty i badania gruntu Budowa nie zaczyna się od imponującej fasady. Klucz tkwi pod ziemią, gdzie wykonuje się analizy geotechniczne. Inżynierowie badają nośność gruntu i planują fundamenty, które mają utrzymać potężny ciężar konstrukcji. Bez solidnej bazy nawet najefektowniejszy budynek mógłby się przechylać niczym pijany marynarz szukający burty.
  2. Szkielet konstrukcyjny Następnie pojawia się stalowy kręgosłup. Pomyślmy o nim jak o kościach gigantycznego organizmu. Rozmieszczone tu i ówdzie windy, klatki schodowe i wzmocnienia boczne chronią całość przed wiatrem i drganiami sejsmicznymi. Wysoki budynek musi troszczyć się o zachowanie równowagi – inaczej, przy silniejszym podmuchu, może się zakołysać, wywołując panikę wśród lokatorów i uśmiechy złośliwych mew krążących na horyzoncie.
  3. Fasada i wykończenie Garaż na dole czy luksusowa kawiarnia na pięćdziesiątym piętrze? Wszystko zależy od wizji inwestora i potrzeb miasta. Projektanci instalują szklane ściany i przykręcają stalowe panele, których zadaniem jest odbijanie słońca i ujarzmianie pogody. Mówimy tu o swoistym „makijażu” budynku, który sprawia, że wygląda świeżo jak celebryta na czerwonym dywanie.
  4. Systemy wewnętrzne Nie jest tajemnicą, że prąd i woda muszą trafić na każdy poziom. Klimatyzacja, wentylacja, ogrzewanie – to wszystko kryje się w sieci rur i kabli, wijących się w ścianach. Dzięki temu ci, którzy pracują albo mieszkają w wieżowcu, nie muszą przesiadywać w mroku przy świecach i wachlować się liściem figowym.
  5. Testy bezpieczeństwa i wykończenia Na koniec przychodzi czas na testy: czy winda nie urwie się w pół drogi, czy fasada nie przecieknie przy ulewnym deszczu, czy system przeciwpożarowy zadziała w razie potrzeby. Dopiero kiedy wszystko przejdzie pozytywnie surową weryfikację, budynek może oficjalnie zaprosić gości i rezydentów. A gdy to nastąpi, miasto zyskuje kolejny charakterystyczny punkt, który stanie się tematem niejednej fotografii i anegdoty.

Odkryj najwyższe cuda

Kiedy mowa o drapaczach chmur, nie sposób pominąć najbardziej imponujących budowli na świecie. Zestawmy kilka z nich w krótkiej tabeli, by spojrzeć na liczby, od których może zakręcić się w głowie:

Budynek Lokalizacja Wysokość (m) Rok ukończenia
Burj Khalifa Dubaj, ZEA 828 2010
Shanghai Tower Szanghaj, Chiny 632 2015
Makkah Royal Clock Tower Mekka, Arabia Saudyjska 601 2012
Ping An Finance Center Shenzhen, Chiny 599 2017
Lotte World Tower Seul, Korea Południowa 554 2016

Każdy z tych budynków to inny rozdział w księdze współczesnej architektury. Burj Khalifa w Dubaju, wysoki na ponad 800 metrów, wciąż zadziwia rozmiarami. Shanghai Tower zachwyca efektowną, spiralną fasadą, która redukuje opór wiatru. Z kolei Makkah Royal Clock Tower, zdobiony wielkim zegarem, łączy nutę tradycji z futurystyczną formą. W każdym przypadku mamy do czynienia z inżynieryjnym majstersztykiem, w który zaangażowanych było tysiące ludzi – od projektantów przez spawaczy, aż po odważnego operatora dźwigu pracującego na zawrotnych wysokościach.

Oglądając te budowle, łatwo wyobrazić sobie urzędnika, który podpisywał pozwolenie na budowę, drapiąc się w głowę i zastanawiając, czy ktoś tu nie zwariował. A jednak te zaskakujące kolosy nie tylko wznoszą się ponad chmury, lecz także stanowią miejsca pracy, spotkań towarzyskich, a nawet mieszkania tysięcy osób.

Zajrzyj do Polski

W Polsce również nie brakuje odważnych projektów, które starają się zbliżyć do europejskiej czołówki. Warszawa ze swoimi wciąż rosnącymi wieżami coraz śmielej spogląda w górę. Przykładem jest biurowiec Skyliner, na którego 36. piętro zapraszają pracownicy firmy świętującej dzień wieżowców przy kubku kawy i humorze, który dodaje skrzydeł. Ale Skyliner to tylko jedna z wielu nowoczesnych konstrukcji w stolicy. Znajdują się tu budynki jak Varso Tower, obecnie sięgające ponad 300 metrów wysokości z iglicą, czy Złota 44, słynna rezydencja zaprojektowana przez Daniela Libeskinda.

Każda z tych konstrukcji ma inny charakter: Varso Tower stawia na surową elegancję i wielofunkcyjność, a Złota 44 kusi luksusowymi apartamentami nasączonymi widokiem na panoramę miasta. Ponad stoma metrami wysokości mogą pochwalić się także wieżowce w innych polskich miastach – w Gdańsku, Wrocławiu czy Katowicach. Może nie są tak ekstremalnie wysokie jak dubajskie potwory, lecz wciąż imponują i stanowią dowód na to, że polska architektura również ma ochotę zadziwiać.

Poczuj świętowanie w chmurach

Co tak naprawdę kryje się pod hasłem „dzień wieżowców”? Niektórzy mogliby pomyśleć, że to okazja stworzona przez marketingowców, chcących sprzedać jeszcze więcej biletów na tarasy widokowe. Jednak to święto ma w sobie coś z ducha wszystkich „nietypowych dni”, które ludzie chętnie nazywają i obchodzą na całym świecie. W końcu mamy Międzynarodowy Dzień Przytulania, Światowy Dzień Pizzy, Dzień Kolorowych Skarpetek przypominający o osobach z zespołem Downa czy Dzień Kawy (kto nie uwielbia dobrej kawy!). Można się więc uśmiechnąć, że to kolejna data wypełniająca kalendarz drobnymi radościami życia.

Jednak w Polsce 3 września stanowi świetny pretekst, by zaprosić ludzi do odkrywania panoramy miast z zupełnie innej perspektywy. A może także skłonić do refleksji: ile odwagi, pracy, ale i wyobraźni musiało powstać, zanim w miejscu starych kamienic wyrosły eleganckie, stalowo-szklane konstrukcje. Dla jednych to marzenie o postępie i luksusie, dla innych – obawa o zmianę krajobrazu na zbyt nowoczesny. Niezależnie od opinii, dzień ten łączy ludzi w zadumie nad tym, co człowiek potrafi zbudować, oraz w zabawnych chwilach, gdy ktoś na 36. piętrze próbuje zrobić selfie z panoramicznym widokiem i lekko gubi się w obiektywie.

„Wieża się nie obrazi, że ją chwilowo nazywacie stalowym dziwadłem. Ona i tak wie, że wzbudza szacunek,” zażartował niedawno jeden z inżynierów, który współtworzył projekt wysokiego biurowca w Warszawie. Słysząc te słowa, trudno się nie uśmiechnąć i nie przyznać mu racji. Skyscrapery mają poczucie dumy wbudowane w swój stalowy szkielet.

Zrozum fascynację chmurami

Dlaczego ludzi ciągnie wysoko w górę? Czy to kwestia ego? Próbujemy dominować nad światem, patrząc na krajobraz z lotu ptaka? Może w grę wchodzi czysta ciekawość – odkąd bracia Wright dowiedli, że latanie jest możliwe, architekci też zapragnęli fruwać po swojemu, wznosząc żurawie coraz wyżej i wyżej.

Przyglądając się historii cywilizacji, widać, że wieże i wysokie budowle mają długą tradycję. Już starożytni Egipcjanie wznosili piramidy, które choć geometrycznie odmienne od dzisiejszych drapaczy, dawały poczucie dosięgania niebios. Średniowieczne katedry strzelały w niebo, by symbolizować połączenie między sferą boską a ludzką. Dziś budynkom nie przypisuje się aż tylu metafizycznych znaczeń, ale wciąż tkwi w nich magnetyzm przekraczania granic.

Śmiałe pomysły i dostępna technologia pozwalają ludziom aranżować przestrzeń powietrzną na swój sposób. W tym jest coś fascynująco ludzkiego – potrzeba eksploracji i przekraczania ograniczeń. Do tego dochodzi ekonomia. W wielkich metropoliach, gdzie grunt jest na wagę złota, często jedynym rozsądnym kierunkiem zabudowy pozostaje kierunek pionowy.

Zakończ historię z uśmiechem

Gdy dzień wieżowców dobiega końca, ktoś wyłącza biurowe światła na setnym piętrze, a inny przechodzi obok drapacza w drodze na ostatni wieczorny tramwaj. Ciche echo odbija się od szklanych fasad: tętniące życiem miasto spowalnia, a oświetlone czubki wież wciąż spoglądają na całą panoramę. Nocny wiatr szepcze pomiędzy stalowymi belekami, a gdzieniegdzie na zamkniętych tarasach widokowych widać migotanie samolotowych świateł ostrzegawczych.

Czy to wszystko znaczy, że jutro budynki będą jeszcze wyższe? Prawdopodobnie tak. I może w tym tkwi urok komicznej strony człowieczej natury: ciągle chcemy więcej i wyżej, dumnie zadzierając głowę do góry, a przy tym stąpając po płytach chodnikowych, często zapominając, by spojrzeć innym w oczy.

Dni takie jak ten – pełen refleksji, ciekawostek i radosnej celebracji nawet najbardziej osobliwych świąt – przypominają, że w życiu można znaleźć niezwykłość w codzienności. Nawet jeśli chodzi o wielkie, szklane kolosy. Wystarczy choć raz stanąć wysoko ponad miastem, spojrzeć w dal i dostrzec drobiazgi, które z poziomu chodnika bywają niewidoczne.

W chmurach można usłyszeć subtelne dźwięki miasta, dostrzec geometryczne wzory ruchu ulicznego i poczuć, że świat jest jednocześnie ogromny i maleńki. Bywa to niesamowicie orzeźwiające i uśmiech sam pojawia się na twarzy – bo przecież wznoszenie ma w sobie coś z marzenia. A dzień, w którym to doceniamy, jest wart niejednego zdjęcia, wspomnienia i chwili zamyślenia. Bo czy może istnieć lepsza definicja świętowania niż wspólne podziwianie ludzkich pomysłów, przy których można się roześmiać i trochę wzruszyć?

W gruncie rzeczy każdy, kto 3 września bawi się na 36. piętrze warszawskiego Skylinera czy zwiedza inne europejskie kolosy, tworzy własny rozdział w historii dnia wieżowców. Ktoś wrzuci zdjęcie na Instagram, ktoś inny będzie wspominał delikatny dreszcz w windzie, jeszcze ktoś podzieli się anegdotą o architektonicznym geniuszu, który nie potrafił zaparzyć herbaty bez przypalenia czajnika. Tak rodzą się historie, które powoli piętrzą się w naszej miejskiej świadomości, tworząc metaforyczną wieżę złożoną z przeżyć, emocji i zachwytu.

Ostatni łyk kawy w przeszklonej kantynie, ostatni uśmiech w stronę kolegi, który twierdzi, że woli jednak parter. Wraz z gasnącym światłem widać w oknach odbicia przedmieść i gwiazdy próbujące przebić się przez miejski blask. Może właśnie w tym tkwi urok dnia, który z pozoru wydaje się dziwny, a okazuje się czystą radością odkrywania: zawsze można spojrzeć na świat z góry, żeby docenić to, co mamy na dole. I kiedy nastaje cisza, ktoś szepcze: „Do zobaczenia, kochane drapacze, jutro znów się spotkamy.”

W ten sposób historia kończy się z uśmiechem, ale nie zamyka. W końcu za rok nadejdzie kolejny dzień wieżowców. A kto wie, może wtedy na horyzoncie stanie jeszcze wyższy budynek, gotowy przykuć całą uwagę i stać się bohaterem następnych anegdot. Pośród szumu dźwigów i brzęczenia wind, trzeciego września zawsze będzie okazja, by oderwać wzrok od podłogi i spojrzeć w niebo – z lekkim dystansem i iskierką zachwytu w oku. Czy to nie właśnie tam kryje się cała magia ludzkiej ambicji?

Udostępnisz?